Kanczendzonga – Dziki Wschód Nepalu] – Dzień trzeci. Kathmandu, czyli zaraz ruszamy

To ostatni dzień przed wyruszeniem na trek. Trzeba zrobić zakupy, przepakować  plecak i zostawić zbędne rzeczy. Znów wizyta w agencji. Ostatnie trzy osoby: Anka B., Anka Z. i Mysza jadą taksówką do hotelu. Tę też zamówiliśmy w agencji. Potem jest czas na zakupy na trek. Niektórzy kupują całkiem poważne rzeczy. Jak choćby kurtka puchowa czy sandały. Niechcący znaleźliśmy sklep z odzieżą na trek, która w zasadzie oferowała wszystko to co jest na Thamelu. Różnica była taka, że sklep przypominał szmateks, większość rzeczy trzeba było znajdować grzebiąc w koszach, byli tam sami Nepalczycy no i ceny były przynajmniej o połowę mniejsze.

Dziewczyny już są. Zbieramy się i ruszamy na spacer do stupy Swayambunath. Mijamy skrzyżowanie Chetrapati i zaraz robi się inaczej. Wyszliśmy z Thamelu i zanurzamy się w tradycyjnym, zwykłym Kathmandu. Pełnym ludzi, skuterów, sklepików, sprzedawców wszelkich drobiazgów i trąbiących aut. Tego mi brakowało. I choć to już nie Thamel, to dalej jest czysto i dalej są kosze.

Mijamy pracującego na słupie elektryka. Od zawsze nie mogłem wyjść ze zdumienia widząc rozpiętą zaplątaną sieć przewodów, w której nie da się połapać. Elektryk w Nepalu to praca zdecydowanie wysokiego ryzyka. Choć z drugiej strony nie wymaga wielkich kwalifikacji. Mam wrażenie, że filozofia jego pracy sprowadza się do tego, że jak jakiś kabel przestaje działać, to zamiast go lokalizować, bo kto by znalazł i rozplątał, rozpina i dokłada kolejny.

Pół godziny spaceru i jesteśmy na miejscu. Stupa Swayambunath nazywana jest świątynią małp. Nie bez przyczyny. Są ich setki. Z wyglądu miłe i sympatyczne, ale trzeba na nie wyjątkowo uważać. W poszukiwaniu jedzenia potrafią zadziwić niejednego turystę. Zdjąłem plecak by schować obiektyw i w tym momencie taka „miła” małpka dopadła do mnie i wskoczyła na plecy. Zapewne myślała, że sięgam po coś do jedzenia. Odruchowo odskoczyłem i udało mi się zrzucić ją z siebie. Brrr…

Na górę prowadzi ponad setka stromych schodów. Przed samym szczytem jeszcze musimy zapłacić za bilety. 200Rs ( 1,8$). Ze stupy przede wszystkim ładnie prezentuje się samo Kathmandu.

A sama stupa, choć ładna to nie wzbudza we mnie tylu emocji co Boudhanath. Jednakowoż przyjemne miejsce i spaceruję sobie powoli. Zdjęć robię zaledwie kilka, tyle razy już tu byłem…

Siadam sobie z boku i patrzę na ludzi. Turyści, pielgrzymi, miejscowi. Jest też i sadhu. Hinduski asceta, choć pewnie trochę udawany, jest tu po to by pozować do zdjęć z turystami i kasować za to pieniądze. Ale trzeba mu oddać, że wygląda nader barwnie i kolorowo…

Na  samej stupie nie kończymy. Idąc dalej wchodzimy do parku. Wszędzie tysiące falujących kolorowych flag modlitewnych.

Na kolejnym wzgórzu, niedaleko stupy znajduje się klasztor buddyjski. Już podchodząc słyszymy donośny gwar i dziecięce śmiechy. Akurat trafiamy na jakieś zgrupowanie mnisiej młodzieży. Przed nami kilkanaście grup z różnych klasztorów. Zajmują oni cały okoliczny teren. Każda grupka siedzi oddzielnie. Żywo o czymś rozmawiają, gestykulując przy tym energicznie.

Słońce zaczyna zachodzić, czas wracać. Zwłaszcza, że czeka nas jeszcze pakowanie przed jutrzejszym wyjazdem. To ostatni moment by zostawić rzeczy niepotrzebne, bądź bez których może się obędziemy na treku. A jeszcze zakupy, wizyta w agencji. Kolację jemy w naszej restauracji. Dzień kończymy przy piwie w pokoju hotelowym. Jutro ruszamy!