Dzień drugi. Kathmandu, czyli czas odespać podróż

Podjeżdżamy taksówką ( 700rs – 6,25$) na Thamel i zatrzymujemy się przy Yala Peak Hotel. Nie mamy rezerwacji, bo z reguły lepiej wychodzi rezerwować na miejscu. Można obejrzeć pokoje,  coś się jeszcze potargować. W tym  hotelu spaliśmy już w 2016 roku. Wtedy było dobrze, to po co szukać czegoś innego? Targowanie idzie opornie, ale cena – 550 rs (5$) za noc nie wygląda źle. Bez śniadania, ale za to z wifi, które już chyba jest w standardzie każdego noclegu w mieście. Nie mamy większych planów na dziś. Znaczy fajnie byłoby się nieco uzupełnić braki snu po 24 godzinnej podróży i nieprzespanej nocy. Ale wpierw odwiedzamy Newa Momo Restaurant. Odkryliśmy ten lokal trzy lata temu. Znajduje się dokładnie naprzeciw naszego hotelu. Restauracja była w bocznej wąskiej uliczce, bez tłumów ludzi, z bardzo rozsądnymi cenami. Owszem, bliżej było jej do baru, ale jego prostota, ceny i przede wszystkim Mama – właścicielka i kucharka. Zatem po rozpakowaniu, przebraniu i prysznicu idziemy odwiedzić naszą Mamę. Przez te lata nic się nie zmieniło, chyba niestety poza cenami. Ale zamawiamy wedle uznania, ja to co zawsze w Nepalu lubię najbardziej. Czyli momo i lassi. Pani twierdzi, że mnie pamięta. Wszystko możliwe, jestem nieco charakterystyczny i niektórzy faktycznie mogą sobie z tysiąca twarzy tę jedną przypomnieć.

Najedzeni wracamy do hotelu. Chwilowo mamy czas wolny. Trzeba jednak wybrać się do agencji i dogadać ostatnie szczegóły. Nie trzeba iść zbyt daleko, biuro znajduje się jakieś 200 metrów stąd. Poznajemy się z Rajem, który będzie naszym przewodnikiem. Młody, ale ponoć z już dużym doświadczeniem. Uprzedzamy od razu, że nie jesteśmy typową grupą. Lubimy swobodę i każdy idzie swoim tempem. Napominamy, że mamy spore doświadczenie górskie, także nepalskie. Cóż, pewne rzeczy trzeba wyjaśnić od razu, by potem nie było niespodzianek. Potwierdzamy ilość potrzebnych tragarzy, trasę, szczegóły przejazdu i cenę. Potrzebne będą nasze paszporty by odebrać permity. Ale część ekipy przyleci jutro, więc tę sprawę musimy przełożyć. Trzy lata temu nie było problemów by dostać pozwolenia bez okazywania oryginałów paszportów. Wystarczyło tylko „dopłacić” urzędnikowi. W tym roku ponoć jest inaczej. Pozmieniało się ponoć. Prosimy też szefa agencji by zamówił taksówkę na lotnisko i przywiózł Gośkę, która niedługo powinna lądować. Cena taka sama jaką my płaciliśmy. Ale jak się okazuje, Raj dzwoni po taksówkę, wsiada i osobiście jedzie na lotnisko. Znaczy cena dla miejscowego jest inna. Zarobił taksówkarz, zarobił przewodnik a i my stratni jakoś nie jesteśmy.
Pierwsze wrażenie z Thamelu – jak tu czysto! Śmieci na ulicach brak, do tego zauważamy porozstawiane na ulicach kosze. I co najciekawsze, nie jest to zbędny drobiazg, widać, że są one używane. Na naszych oczach przechodzący ulicą Nepalczyk zauważa papierek. Zatrzymuje się, podnosi i rozgląda. Po chwili cofa się kilka kroków do kosza i wrzuca go do kosza. Niesamowite.

Dziś jest dziwny dzień. W sumie co się dziwić. Poprzednia noc, to kilka godzin snu, potem kolejna w samolocie – może ze dwie godziny. Do hotelu w międzyczasie dojechała Gośka. Chodzimy jeszcze po kantorach targując się o jakiś przyzwoity kurs. W końcu wymieniamy kasę. Odwiedzamy też księgarnię by zakupić mapę rejonu Kanczendzongi. Wybór map w księgarniach olbrzymi, ale nie dotyczy to obszaru naszego treku. Są ledwie trzy, z czego dwie to w zasadzie ta sama mapa, tylko z inną skalą. Pokazuje to, że jedziemy w dość mało uczęszczane miejsce. Fajnie.
Zrobiło się ciemno. Czas wracać do hotelu, zwłaszcza, że organizm domaga się zaległego snu. Kolacja w naszej restauracji i jeszcze chwila rozmowy przy piwie w pokoju i spaaaaaaać….